środa, 7 października 2009

I co ja robię tu?

No właśnie... Mija pierwszy tydzień zajęć na Politechnice, a ja się zastanawiam co ja tu robię? Sama nie wiem co mnie podkusiło do wyboru tego kierunku. Wyboru. Taa... Głupie brakujące 3 punkty. I pomyśleć że mogłam sobie teraz siedzieć nad rysunkiem geometrycznym na geodezji. Ale nie... Ja sobie siedzę nad psychologią społeczną na administracji. Jestem ścisłowcem, więc nie wiem jak wytrzymam etykę, psychologię, socjologię, nauki o konstytucji... Nie wiem. Albo tą pożal się Boże matematykę. Ludzie narzekają na szybkie tempo na ćwiczeniach, a ja się śmieję. Bo nie dość, że te zagadnienia miałam jeszcze w LO, to na dodatek w tempie, hm, 3? razy szybszym. No ok, będzie mi potem łatwiej na egzaminach, ale co z tego? Wolałabym mieć coś równie abstrakcyjnego jak liczby zespolone, całki, różniczki i tego typu rzeczy, a nie po raz kolejny przerabiać granice ciągów i logarytmy. Może i marudzę, no ale spodziewałam się trochę wyższego poziomu, przynajmniej z matematyki. Możliwość przeniesienia się? Owszem, ale dopiero po roku i trzeba nadrobić wszystkie zaległości, co oznacza dwa razy więcej egzaminów na sesji. Bosko. Znając życie, to na 3 roku wezmę się za 2 kierunek i będę stuiować 2 równolegle. Jedyne, na co jak na razie nie mogę narzekać, to ludzie w grupie. Jeden się tylko znalazł nazbyt ambitny. Niektórzy by go nazwali kujon albo lizydup. Coś w tym jest.

Po zaledwie kilku dniach studiowania mogę z całą pewnością stwierdzić, że ta "wredna baba w dziekanacie" to nie mit i wymysł studentów, którzy wszystko robią na ostatnią chwilę, ale najprawdziwsza prawda. Dowód? Sporo tego:
1. Jeszcze we wrześniu zawoziłam dokumenty do dziekanatu. Wchodzę, mówię 'dzień dobry', spodziewam się odpowiedzi równie miłej, a ta 'czego?'. To raz.
2. Dzwonię któregoś razu kulturalnie do dziekanatu zapytać o przydział do grup, kiedy się taka informacja na stronie wydziału pojawi. Jeszcze nie skończyłam mówić, a ta od razu 'Nie wiem. Nie powiem pani bo nie wiem." Po czym następnego dnia na stronie wydziału pojawiają się kartki z podziałem na grupy, a na kartkach data wystawienia: dzień poprzedni. Można się wkurzyć?
3. Pierwszy dzień, pierwsze zajęcia. Stoimy, czekamy pod salą, wychodzi jakiś facet i mówi, że my tu nie mamy, bo jest jakaś konferencja i mamy iść na wydział się dowiedzieć gdzie jesteśmy przeniesieni. Poszliśmy, oddelegowany do sekretariatu został jeden kolega. Puka, wchodzi i out. Wywaliła go za drzwi i kazała czekać. Powód? Nieznany. Fanaberia. Jak się potem okazało, niepotrzebnie szliśmy do sekretariatu, bo profesorka by sama po nas przyszła i wskazała inną salę. Wydział administracji, a bałagan jak cholera.

Dodam tylko że baba z dziekanatu jest ruda. Farbowana, ale zawsze... A jak wiadomo, wg powszechnie panującej opinii, co rude to wredne. Nie żeby jakaś dyskryminacja czy coś. Po prostu tak się utarło.

0 komentarze:

Prześlij komentarz