niedziela, 24 maja 2009

Przecież nie tak miało być...

Miało być 17/20 a jest 9. Nawet nie 50%! Szlag by to trafił! Komisja chyba miała zły dzień. Piątek rano. Dzwoni kolega, że komisja sobie życzy żeby być 90 min wcześniej. No to lecę na łeb, na szyję, ale zdążyłam. W szkole byłam ok. 12:00. Pierwotna godzina egzaminu była wyznaczona na godz. 14:00, ale że kazali być 1,5 godz wcześniej, no to myślę sobie: "Super, szybciej będę z powrotem w domu". Ale nie! Do sali weszłam ledwo przed 14. Początkowo obie kobitki milutkie, wszystko pięknie, ładnie, dowodzik, pesel, no i odpalamy prezentację. Komputer padł. Nie z mojej winy. Już wcześniej kilka osób miało kłopoty, ale teraz się zepsuł na amen. No ale ze zrozumieniem, jeszcze raz, proszę próbować, przewodnicząca komisji poszła po informatyka, no po prostu bajka. Proszę się nie denerwować i takie tam. No ok. W końcu kolega udostępnił swój laptop i jakoś poszło. Prezentacja gładko, prawie bez zająknięcia. Patrzę na komisję, nawiązuję kontakt wzrokowy (wg zaleceń polonisty) a tu jedna sobie ziewa, druga coś przegryza, ale obie zgodnie kiwają głowami, tak, tak, podoba się. Skończyłam, to teraz parę pytań. No i się zaczęło. Ze zdenerwowania nic nie pamiętałam. Jak na złość dostałam 3 pytania z treści tekstów. Szczegółowe. Mimo, że czytałam te lektury po kilka razy - nic! Pustka! Coś tam powiedziałam, ale mało. Zaczęły mi wmawiać że nie czytałam książek... No super... Nie zacznę się z nimi kłócić, bo jeszcze skłonne mnie oblać. Powiedziałam co wiedziałam, dziękuję i wyszłam. Wynik - 9/20. Zajebiście.

A najgorsze jest w tym wszystkim to, że kolega, który miał błąd merytoryczny w prezentacji i nie odpowiedział na ŻADNE pytanie - zdał! Dostał minimalne 6 pkt i zdał. Nikomu źle nie życzę, ale to po prostu nie fair. Siedziałam ponad miesiąc nad prezentacją, czytałam książki po kilka razy i co? 9! A jemu pracę pisała kuzynka. Nawet palcem nie kiwnął żeby coś zrobić. I zdał. Ustny polski to najbardziej niesprawiedliwy egzamin. Jestem skłonna powiedzieć, że bardziej się opłaca kupić prezentację i olać to całkowicie, a zyskany czas, który miałby być poświęcony na pisanie tego badziewia, przeznaczyć na powiedzmy geografię czy matematykę. Lepiej by się na tym wyszło. A poza tym to wszystko zależy od humorku komisji. Wiedza nie ma znaczenia. To, że ktoś jest zdenerwowany też nikogo nie obchodzi. Znieczulica normalnie. Nie wiem jaki głupek wymyślił taką formę egzaminu ustnego. Poprzednie komuś przeszkadzało? Nie no jasne. Trzeba było zmienić, żeby uczniowie się nie musieli za dużo nauczyć. Pewnie. To lepiej żeby byli niesprawiedliwie traktowani... No ale taki jest nasz system edukacji. I dopóki ktoś go porządnie nie zreformuje, to będzie taki. Badziewny. Mam jednak nadzieję, że następne roczniki będą miały lepiej. Słyszałam pogłoski, jakoby stary system ustnej matury miał wrócić. Oby.

Póki co, skończyłam. Szkołę, maturę, ranne wstawanie. Zamknęłam pewien etap w życiu i do niektórych rzeczy wolałabym nie wracać. Obecnie szukam pracy. Nie na stałe. Dorywczej, żeby coś zarobić i wyjechać na małe wakacje w sierpniu. Albo kupić małe autko... Zobaczy się.

0 komentarze:

Prześlij komentarz