No właśnie. Bo kim tak naprawdę jest przyjaciel? Albo może lepiej - jaki jest? Ktoś powie, że uczciwy, nigdy nie zdradzi. Ktoś inny uzna, że przyjaciel to ktoś, kto zawsze pomoże, doradzi, wysłucha. A ja powiem po prostu - nie wiem. Bo nigdy nikogo takiego nie spotkałam. A ci, których kiedyś uważałam za przyjaciół, okazali się zwykłymi świniami. Brutalne, wiem, ale co ja na to poradzę?
Pierwszą moją "przyjaciółką" była P. Jedno przedszkole, jedna klasa w podstawówce, w gimnazjum miałyśmy być rozdzielone, ale ona się przeniosła do mnie. Wydawałoby się dwie bratnie dusze. I tak było - wszędzie razem, wspólne zajęcia, referaty, głupawki, pierwsze "wielkie miłości" do starszych chłopaków. Aż do czasu, kiedy pojawiła się E. Wtedy nagle ja poszłam w "odstawkę", a P. przypominała sobie o mnie jak zbliżała się jakaś klasówka. Początkowo pomyślałam "OK, spoko, trzeba zmieniać towarzystwo, nie można być ciągle tylko we dwie" i taki układ mi nie przeszkadzał. Ale to zaczęło być już wkurzające, bo w końcu ile można. Tym bardziej że dopóki nie pojawiła się "ta trzecia" mówiłyśmy sobie wszystko, a potem to E. wiedziała to, czego nie powinna. Na szczęście nadszedł czas wybierania liceum i jak się potem okazało każda z nas trafiła do innej szkoły. Pomyślałam "Świetnie, może kontakty się poprawią, będzie o czym pogadać, spotkamy się jak kiedyś." Nic bardziej mylnego. Mieszkamy 2 domy od siebie, a widywałyśmy się tylko w autobusie, albo kiedy P. potrzebowała pomocy z matmy czy chemii. To ja jak ta głupia leciałam. Piątek, świątek, nie ważne. Brałam zeszyty i pędziłam koleżance na pomoc. Ileż to razy mama, już wściekła, że jestem taka naiwna, mówiła, żebym dała spokój, bo P. tylko mnie wykorzystuje. Ślepa byłam wtedy chyba i głucha. Opamiętałam się gdzieś tak w 3 klasie liceum. Przejrzałam na oczy. Co się wydarzyło? Nie wiem. Może to z wiekiem przychodzi. Ale prawdziwy przełom nastąpił po powrocie P. i E. znad morza. Wróciły w sobotę. Tego samego dnia miały przyjechać do mnie na "babski wieczór" miało nas być w sumie 6, no i P. zaprosiła jeszcze Ed. Wszystko ok, ale wieczorem P. wraz z moją siostrą sobie poszły, bo koledzy zaprosili na ognisko. Poczułam się wtedy po prostu super. P. zaprosiła Ed., dziewczynę, którą widziałam wtedy chyba pierwszy raz i sobie po prostu poszła, zostawiając mnie i resztę dziewczyn. Jak wróciły (P. i moja sis), to się owszem, nasłuchały, ale jakoś nie bardzo się przejęły. Przebolałam. Ale tego, że P. i E. na imprezie na zakończenie wakacji stały ze mną, rozmawiały, a potem po cichu tyłem się wymknęły i ani "cześć" ani "pocałuj mnie w d*" nie powiedziały, tego nie przebolałam. Tak się skończyła, wydawać by się mogło idealna przyjaźń. Co najśmieszniejsze, przed Świętami Bożego Narodzenia, P. przyszła z prezentem. Porcelanowy obrazek z podpisem "Nie skarby są przyjaciółmi, lecz przyjaciele skarbem". Żarty chyba jakieś.
W międzyczasie pojawiła się K. nasza (moja i P.) wspólna koleżanka z podstawówki. Nie jakaś specjalnie bliska. Po prostu koleżanka z równoległej klasy. Przyjeżdżała do mnie dość często, co kilka dni widywałyśmy się też w autobusie. No i od słowa do słowa, stawałyśmy się sobie coraz bliższe (w sensie ja i K.). Zaczynało się podobnie jak "przyjaźń" z P. wspólne zakupy, plotki itd. No i też, jak się potem okazało, do czasu. W wakacje planowałyśmy, że od października zapiszemy się na salsę. W sumie chyba z 10 osób, w tym P. i E. Jak to usłyszałam, stwierdziłam, że na fałszywe osoby patrzeć nie mam zamiaru, bo zajęcia miały byś przyjemnością, a nie katorgą i zrezygnowałam z salsy. Inna sprawa, że termin salsy kolidował z zajęciami na uczelni, więc zapadła decyzja - rezygnuję. Dziewczyny chodziły dalej. Spotkałyśmy się jakiś czas później u P. na jakiejś imprezce. No i obie od razu: "Jak ja cię dawno nie widziałam! Musimy się spotkać, pogadać. Ciągle nie mam czasu..." Mało ze śmiechu nie pękłam. One nie mają czasu? P. ma zajęcia mniej więcej tak jak ja, a K. studiuje zaocznie, nie pracuje, więc cały tydzień ma wolny, oprócz co drugiego weekendu. I one nie mają czasu? A dla siebie wzajemnie jakoś mają. Widzą się co drugi weekend praktycznie.
Ktoś powie, że marudzę, bo zwyczajnie zazdroszczę. Nie. Nie zazdroszczę. Po prostu jestem zawiedziona, że jedyne osoby, które kiedykolwiek uważałam za w pewny sposób mi bliskie, okazały się niezwykle fałszywe. Poza tym, nie mam czego zazdrościć.
0 komentarze:
Prześlij komentarz